niedziela, 29 grudnia 2013

Ostatnie dni roku, czyli odpoczywamy w górach!


 
Na świętach ruchu zbyt wiele nie było...
Od razu po powrocie do domu musiałam przepakować walizkę na trochę cieplejszych rzeczy i wraz z moim P. pojechaliśmy na kilka dni do Lądka Zdroju. Głównym naszym celem jest odpoczynek, przed zbliżającym się styczniem, który naprawdę budzi grozę (sesja, P. broni inżyniera itd...).

Ale nie leżymy do góry brzuchem! Zabrałam ze sobą skakankę i twister, czyli moje nowe zdobycze. 
Dziś poszliśmy na długi spacer po górach. Może nie są to najwyższe szczyty, ale zawsze to coś. Zresztą, ze swoim kolanem nie mogę przesadzać, bo ostatnim razem z góry zostałam zniesiona na rękach z kolanem bliżej stopy, niż miejsca, w którym kolano znajdować się powinno. 
No więc spacerowaliśmy sobie tak w górę i w dół, aby rozruszać zastane przez święta stawy. Wędrówka nawet mnie zmęczyła! Bo gdy było troszkę płaskiej drogi to nie próżnowaliśmy, a skakaliśmy na skakance (taki niby interwałowy trening) :). Staraliśmy się robić ok 100 skoków podczas takiej przerwy w spacerze. 
Niestety, skaczę o wiele gorzej niż P.! On serie 100 skoków robił na 2 razy, a ja na 5... Nigdy nie umiałam tego robić, ale najwyższy czas się nauczyć! Postanowione. Twister będzie użyty za kilkanaście minut. 
 
Jakie jeszcze plany?
Spacerki, spacerki, spacerki ;) 3h to minimum - można się zmęczyć, nawet wypocić, a świeże powietrze bez spalin pozwoli się zdrowo dotlenić.
Wieczorami chodzimy do centrum do Pijalni Wód, które mają właściwości lecznice - między innymi pomagają w bólach stawów - idealnie dla mnie!
Jutro zostaną dowiezione nam stroje kąpielowe i będziemy mogli pójść na basen - i taki zwykły, rekreacyjny, ale także na "leczniczą kąpiel". Nie możemy się doczekać! Nie ma śniegu, więc skorzystamy z kąpielówek ;)

Mentalnie głównie odpoczywamy, chociaż nie możemy całkowicie sobie odpuścić. Uczyłam się dziś nawet niemieckiego... 



Czas wolny sprzyja także przemyśleniom. Jeszcze w tym roku pojawią się tutaj moje noworoczne postanowienia, które wielce odkrywcze nie będą. Mam jednak wrażenie, że złożenie obietnicy online zmotywuje mnie bardziej i może w końcu będę się trzymała chociaż połowy z nich?

A co tam u Was? Jak Wy spędzacie ostatnie dni 2013 roku? Odpoczywacie, pracujecie, trenujecie?
Jakie są też Wasze plany na sylwestrową noc?


Pozdrawiam Was serdecznie!
M.

piątek, 27 grudnia 2013

Twój Dziennik Fitness ( Rok z Ewą Chodakowską) - moje pierwsze wrażenia

Święta, święta i po świętach... Jak co roku minęło szybko, syto, rodzinnie. Jak co roku, po choinkowym szaleństwie zostało parę prezentów, które mam nadzieję, będą służyć bardzo dobrze. 
Oprócz kalendarza, piżamki, mega ciepłych skarpet, biżuterii itp. znalazły się rzeczy, które mają na celu ułatwić mi moje "fit życie". 


Dziękuję Ci Mikołaju/Wam Mikołajom, że czytacie mojego bloga i wiecie, co chciałam dostać, bo to co znalazłam pod iglastym drzewkiem pokrywało się z moimi marzeniami. (Jak widać nawet brodaty dziadek jest w tych czasach online!)

Wśród prezentów znalazłam wymarzony Twister, różową skakankę i Dziennik Fitness Ewy Chodakowskiej. O dwóch pierwszych zdobyczach nie mogę napisać zbyt wiele... Czas pokaże jak będę z nich korzystać i co o nich sądzę w praktyce. 

Postanowiłam jednak napisać kilka zdań o Dzienniku. Co prawda, także jak się sprawuje okaże się po pierwszym miesiącu korzystania, ale już teraz pojawiło mi się kilka myśli w głowie, którymi chcę się z Wami podzielić.

Po pierwsze - cieszę się, że go dostałam. Ostatnio jak część z Was wie miałam mały kryzys emocjonalno-poznawczy związany z osobą Ewy Chodakowskiej. Dlatego też, gdy książka pojawiła się w sklepach podchodziłam do niego z dużą rezerwą. Jednak emocje opadły, a dziennik jest naprawdę ok. Pokładam w nim duże nadzieje, bo z moją motywacją dzieją się ostatnimi czasy koszmarne rzeczy.

Po drugie - niestety mój pomysł (który tak naprawdę był pomysłem zgapionym - Więcej o nim tutaj) na własny dziennik treningów nie wypalił. Motywował mnie, aby potem demotywować. Nie wiem czemu tak się działo, ale przez pierwszy tydzień miesiąca ćwiczyłam ostro. Potem nagle przychodził rest, po którym nie mogłam znów wziąć się do roboty. Skutek był taki, że gdy nie ćwiczyłam 3 dni to stwierdzałam, że mój dziennik jest już brzydki i odstraszał mnie tak bardzo, że nie chciałam ćwiczyć jeszcze bardziej... wiem, wiem - idiotyczne.

Ja zwykle się rozpisałam nie na temat, ale cóż. Przechodzę już do sedna :)

Dziennik podzielony jest na 12 miesięcy. Dużym plusem jest to, że same możemy napisać, od którego miesiąca zaczynamy. Ja zacznę akurat od stycznia, ale gdyby ktoś kupił książkę w połowie roku to nie ma problemu - tak też może zacząć.
W każdym miesiącu mamy dodatkowe wyzwanie, które powinniśmy dołożyć do swoich treningów. Są to np. ćwiczenia na brzuch, ramiona, plecy. 

Każdy miesiąc zaczyna się "Motywacją". Są one dla mnie zbyt górnolotne, ale co kto lubi. 

Następnie mamy miesięczny plan treningowy, podzielony na tygodnie. Powinniśmy do tabeli wpisywać naszą aktywność fizyczną, podawać czas jej trwania oraz zapisywać ocenę punktową za odżywianie w danym dniu. 
Kolejne strony poświęcone są na pokazanie ćwiczeń, które mamy dołożyć do codziennych treningów. Ćwiczenia podobnie opisane jak w pierwszej książce Chodakowskiej.

Następną kartką jest kartka pt. " Warto Wiedzieć". Te strony mi się bardzo, bardzo podobają. Ja lubię ciekawostki! 

Potem jest kilka stron na dokładne opisywanie swoich dni - jak się czujemy, co ćwiczyliśmy, co sprawiało nam trudność, a co było faje. Jak wiecie - raczej nie jestem "słitaśną" osóbką, dlatego podpis - Dziękuję Ci za szczerość z serduszkiem trochę mnie drażni, ale nie jest to wielka wada. Na samym końcu każdego miesiąca jest miejsce na pochwalnie się metamorfozą. Mierzymy się, liczymy dni aktywne, oceniamy odżywianie, wystawiamy sobie ocenę, oraz planujemy co warto poprawić w kolejnym miesiącu. 

Podsumowując - jestem pozytywnie nastawiona. Chociaż dziennik jest troszkę przesłodzony, zbyt górnolotny i lekko pstrokaty to myślę, że może mi pomóc zmotywować się do ćwiczeń i będzie ciekawym urozmaiceniem w kontrolowaniu swoich postępów, błędów, założeń. 

Zobaczymy jak będzie sprawował się w praktyce. Po miesiącu lub dwóch, na pewno podzielę się kolejnymi spostrzeżeniami, które będą już bardziej "serio", bo będą opierały się nie tylko na przejrzeniu książki, ale na korzystaniu z niej aktywnie. 

A Wy macie swoje Dzienniki Fitness?

poniedziałek, 16 grudnia 2013

10 rad jak nie przytyć w święta

Grudzień to dla mnie czas rozpusty. Już do 6.12 w moim pokoju wielki wór słodyczy. Mikołaj zaszalał! Aura do ruchu niestety nie zachęca, weekendy wolę spędzić na pieczeniu pierników i ich konsumpcji niż na spacerze, a najgorsze dopiero przed nami...

12 (lub więcej!) potraw, cały stół wypełniony po brzegi: karp, inne ryby, makiełki, ciasta, pierogi i uszka... a na dokładkę słodkości z i spod choinki. I jak tu trzymać dietę? O tym już dawno zapomniałam.


W święta na pewno nie schudnę. Nie biorę tego nawet pod uwagę. Można jednak postarać się, aby chociaż zachować swoją dotychczasową (niestety niemałą) masę... 

Jak to zrobić?

1. Nie przesadzaj z poszczeniem - Jeśli już kilka dni przed Wigilią jesz mniej, bo myślisz o pysznościach ze stołu - zjesz ich o wiele więcej! Przed świętami nie zapominaj o racjonalny, regularnym jedzeniu. Wtedy, gdy zasiądziesz do wigilijnego stołu nie pochłoniesz potraw razem z zastawą, a zjesz tyle ile potrzebujesz.


2. Nie obżeraj się - wiem, że to trudne. Babcia powtarza - "co tak malutko, nie smakuje Ci rybka?". Zaprzecz i powiedz, że chcesz spróbować wszystkich potraw, a jeśli zjesz więcej ryby to po prostu nie starczy Ci miejsca na resztę. Pomyśl sobie, że musisz zjeść tyle, aby po uczcie móc odejść od stołu od razu, a nie siedzieć przy nim jeszcze 2 godziny, bo pupa przykleiła się od ciężaru do kanapy. Podstawa to zdrowy umiar.

3. Zmień talerze - to nie nowość. Mniejsze talerze - mniej jesz. Gdy nałożysz sobie łyżkę sałatki na wielki talerz wydaje Ci się, że prawie nic tam nie ma i właśnie taką informację dostaje Twój mózg, który podpowie Ci za chwilę - "zjedz więcej! za mało". Gdy jednak tą samą porcję nałożysz na mniejszy talerz,będzie się wydawało, że zjadłaś więcej. 

4. Nie gotuj zbyt wiele - Wigilia Wigilią... Jest, kończy się i tyle. Jednak zazwyczaj mamy tyle jedzenia, że nie trzeba gotować w całym bloku/ w całej wsi przez cały kolejny tydzień. Może zamiast 2 garnków ryby po grecku wystarczy tylko jeden? Na wigilijną kolację na pewno starczy, a im więcej jedzenia, tym dłużej będziemy je jeść. Jeśli natomiast świąteczne jedzenie skończy się już w 2 dzień świąt to będziemy mogli powrócić do starych, dobrych, zdrowych nawyków żywieniowych, zacząć znów gotować zdrowo. 

5. Pij dużo wody - oszukasz wtedy żołądek, który pełny powie szybciej "dość". Woda pomaga także utrzymać przyśpieszony metabolizm, usuwa toksyny itd... same plusy!


6. Gotuj zdrowiej - mniej kalorii w jedzeniu, mniej problemów potem. Jestem fanką pieczenia, to mój sposób na stres. Rok temu upiekłam 2 rodzaje pierników, 5 rodzajów ciastek i kilka ciast. W tym roku planuję podobnie z małą różnicą! Nie będę sztywno trzymała się przepisów. Do pierników dodałam mniej cukru niż było napisane, a trochę więcej cynamonu i imbiru, które jak wiadomo pobudzają metabolizm. Są równie smaczne, a mniej kaloryczne. Co do innych potraw - postaraj się ograniczyć tłuszcz. Może w tym roku zamiast karpia smażonego na oleju upieczesz go w piekarniku? Na pewno wyjdzie równie pyszny!

7.Zwracaj uwagę na swoje picie - po pierwsze woda, o której już pisałam, po drugie: nie przesadzaj z alkoholem, bo on naprawdę tuczy!, po trzecie - pij ziołowe herbatki, po czwarte - po co Ci coca-cola? Wybierz kompot z suszu. Równie słodki, smaczniejszy, a zdrowszy... Chociaż trochę tego i owego też zawiera....

8. Nie zapominaj o ruchu! To bardzo ważne. Większość z nas w święta robi sobie dni lenia. To błąd. Jemy więcej to powinniśmy ruszać się więcej. Zamiast oglądać kolejną świąteczną komedię idź pobiegać, weź dzieci i psa na spacer, porzucaj się śnieżkami, przed telewizorem postaw rowerek, pokręć hula-hopem - cokolwiek. Nie tylko pomoże Ci to spalić większą liczbę kalorii, ale także nie utracisz przedświątecznej kondycji oraz łatwiej po całym tym zamieszaniu będzie Ci wrócić do starego trybu życia. Kilka dni przerwy bardzo demotywuje i naprawdę ciężko potem zwlec się z kanapy.

9. Pamiętaj o warzywach i owocach. Dodaj je do świątecznych potraw. Będzie to nie tylko smaczny, ale i zdrowy, lekki dodatek. Co więcej - jest to lepsza przekąska niż chipsy, batoniki, cukierki i lizaki z choinki.


10. Ciesz się Świętami! To ma być czas radości, spędź go z rodziną, nie licz kalorii. Jeśli troszkę pomyślisz, zmniejszysz porcję, nie zapomnisz o ruchu, zadbasz o zdrowe jedzenie, będziesz pić zdrowo - nie powinnaś przytyć. No może troszeczkę :) A nawet jeśli "po" pojawi się kilka kilogramów więcej to świat się nie zawali. Na pewno będziesz mieć motywację, żeby jakoś to zmienić i zrzucisz balast w szybkim tempie. Nie odbieraj sobie radości, ale jedz z głową! 


P.S. Przypominam o zbiórce pieniędzy dla Oliwki. Zróbmy jej prezent na święta. 
Tutaj wpłacamy pieniądze - nawet złotówka się liczy!

Tutaj dołączamy do wydarzenia i zapraszamy swoich znajomych. Im nas więcej, tym większa szansa na pomoc!

piątek, 13 grudnia 2013

Jestem taki wspaniały, a inni mają tylko szczęście... czyli podstawowy błąd atrybucji.

Ostatnio na zajęciach po raz n-ty przerabialiśmy problem atrybucji. Tak sobie siedziałam i myślałam i stwierdziłam, że jest to całkiem dobry temat na bloga, bo uważam, że świadomość tego, co się w naszych głowach dzieje, może być pomocna przy pokochaniu siebie. A chyba o to chodzi? Zaraz wyjaśnię co konkretnie mam na myśli...

Co to w ogóle jest atrybucja?
Atrybucja jest to przypisywanie czegoś komuś lub czemuś. Jest to taki proces, w którym wnioskujemy o przyczynach zachowania, zarówno swoich, jak i cudzych. Każdy za nas ma potrzebę wyjaśniania. Gdy nasz przyjaciel coś zrobił, coś mu się udało - zastanawiamy się, jak to się stało.

Mamy 2 rodzaje atrybucji: 

  • zewnętrzna - zakładamy w niej, że przyczyna czyjegoś zachowania tkwi w czynnikach zewnętrznych, sytuacji, jaka miała miejsce
  • wewnętrzna - zakładamy w niej, że przyczyna tkwi wewnątrz, związana jest np. z naszymi cechami, zdolnościami itd.

Na przykładzie:
Nasz partner wrócił do domu i zaczął marudzić. Możemy sobie pomyśleć - "pewnie miał ciężki dzień w pracy. szef go wkurzył, pogoda jest fatalna, zmarzł i dlatego tak się zachowuje". Jest to wyjaśnienie przez atrybucję zewnętrzną. Możemy tez pomyśleć - "ech, on jest po prostu zrzędliwą małpą" - wtedy wyjaśniamy jego zachowanie jego konkretnymi cechami. 

Jak już wiecie czym jest sama atrybucja to pora wytłumaczyć, na czym polega podstawowy błąd atrybucji.

Najprościej mówiąc - jest to przecenienia czynników wewnętrznych (np. cech jakiejś osoby), a nie docenianie sytuacji zewnętrznej. 

Marysia dostała w szkole 1. Niestety, nasze automatyczne myślenie, często bez udziału świadomości, podpowiada nam - Marysia jest po prostu głupia. Nie bierzemy pod uwagę tego, że pytania mogły być trudne, albo Marysia ma bardzo trudną sytuacje w domu i nie miała jak się nauczyć.

Kolejny przykład - widzimy jak mama krzyczy na dziecko w sklepie. Od razu myślimy - "co za zła wyrodna matka, złośliwa jędza! Jak można krzyczeń na dziecko". A może tak naprawdę kobieta ma bardzo zły dzień, bo wyrzucili ją z pracy a w dodatku dziecko było po prostu niegrzeczne i po raz pierwszy w jej życiu zdarzyło się, że aż tak zdenerwowała się na swoją pociechę?

Inaczej jest niestety z sukcesami. Jeśli Marysia dostała z kartkówki 5, jak byśmy to wytłumaczyli? Moglibyśmy pomyśleć, że pewnie pytania były banalnie łatwe, albo Marysia ściągała od swojej przyjaciółki. W takiej sytuacji, nie jesteśmy już tacy skłonni do przypisywania dziewczynie mądrości, zaradności itd. 

Jak jednak widzimy siebie?
Zastanówcie się... Coś Wam nie wyszło. Np. nie potrenowaliście dzisiaj. Od razu szukamy przyczyn w sytuacji zewnętrznej - bo miałam dużo nauki, bo moje dzieci zrobiły straszny bałagan, bo mąż nie wyniósł śmieci, bo jest za gorąco na dworze. Mało kto z nas myśli - a może jestem po prostu leniwy?  
Nie zdamy egzaminu. Co wtedy mówimy/myślimy? Pytania były koszmarnie trudne, wykładowca się na mnie uwziął i pewnie krytycznie sprawdzał moją pracę, wyczerpał mi się długopis a w sali było bardzo duszno. Myślicie, że może po prostu jesteście nieinteligentni jak pomyślelibyście w takiej samej sytuacji o Marysi? Raczej nie.

Krótkie podsumowanie -  gdy ktoś odniesie sukces, to szukamy przyczyny w sytuacji zewnętrznej, gdy porażkę - tłumaczymy to jego cechami. Odwrotnie jest w przypadku nas samych. Wtedy każdy sukces na pewno uwarunkowany jest naszymi niezwykłymi zdolnościami, a porażka miała miejsce tylko dlatego, że nie pasowała nam sytuacja zewnętrzna...

Jak to się ma do kochania siebie?
Myślę, że większość z Was już wie ;) 

Po pierwsze - nie patrzmy na innych tak krytycznie. Nie starajmy się przypisywać ludziom złych i niepożądanych cech, tylko dlatego, że coś im nie wyszło. 

Po drugie - myślenie automatyczne, chociaż często przydatne. nie zawsze jest dobre.

Po trzecie - zauważmy swoje wady i postarajmy się je zmienić. Nie jesteśmy doskonali i czasem zawiniliśmy My, a nie świat zewnętrzny. Możemy to jednak zmienić pracą nad sobą.

Wniosek - gdy następnym razem pomyślicie, że ktoś odniósł sukces, bo ma szczęście i sprzyjają mu gwiazdy, a Wy jesteście najwspanialsi na świecie, dlatego się Wam udało - przypomnijcie sobie ten post. Może po przeanalizowaniu sytuacji zobaczycie, że sprawa jest bardziej skomplikowana. 

Bądźcie mniej krytyczni dla innych, a trochę bardziej dla siebie (tylko bez przesady!). Bądźcie za to bardziej życzliwi i mniej zawistni... A na pewno wyjdzie Wam to na dobre i będzie to kolejny krok do pokochania siebie. Takim jakim się jest, w takiej a nie innej sytuacji. 

Powodzenia!
M.





czwartek, 5 grudnia 2013

Drogi Mikołaju...

Drogi Mikołaju!

Byłam w tym roku naprawdę grzeczna. Sprzątałam w domu, gotowałam, nawet dużo piekłam. Grzecznie się uczyłam, czasem pracowałam. Pomagałam rodzicom, rodzeństwu i bliskim. Może chwilami byłam troszkę wredna, ale od razu przepraszałam. Poza tym, sam dobrze wiesz - nie ma dzieci idealnych. Wiedz, że naprawdę się starałam!

Proszę Cię zatem o Mikołajkowy prezent... 

Oczywiście, jak każdy marzę o nowym aucie, pieniądzach na mieszkanie (albo domek w górach?), wielu sukienkach i czaderskich butach. Marzę także o podróży do Afryki, wielu książkach, naprawie rowerka stacjonarnego, twisterze, zestawie hantli (bo mam tylko 1 kilogramowe) oraz karnecie na siłownię, fitness i basen... 
Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybyś przyniósł mi te rzeczy. Nie musisz od razu wszystkich, spokojnie - jeden, dwa, czy pięć prezentów na pewno wystarczy!

Chciałabym Cię jednak prosić o coś nietypowego... Oprócz materialnych przedmiotów, którymi mogłabym się chwalić na uczelni koleżankom (ale nie myśl sobie, że jestem taka chwalipięta!) pragnęłabym:

  • więcej czasu, to mój największy problem ;( Doba jest za krótka. Nigdy nie mogę poświęcić tyle godzin na naukę ile bym chciała i potrzebowała. Cierpią też na tym moi bliscy, którzy mówią - kiedy ten przeklęty semestr się skończy! Cierpi też na tym moje "nowe niedoszłe" ciało, bo czasu na ćwiczenia brak...
  • więcej motywacji, bo kiepściutko ostatnimi czasy bywa... 
  • więcej cierpliwości - nie chcę tak szybko się poddawać!
  • więcej samodyscypliny (spójrz czasem na mnie - od razu będziesz wiedział o co chodzi...)
  • więcej zdrowia, bo to całkowicie się posypało. Chciałabym Ci przypomnieć, że mam dopiero 21 lat, a nie 121...
  • więcej uśmiechu, żebym troszkę pozytywniej patrzyła na świat.
  • więcej czytelników bloga i więcej komentarzy, bo ja nie wiem, czy ktoś to w ogóle czyta... :(
Będę niesamowicie uradowana, jeśli spełnisz moje marzenie. 

Ciągle w Ciebie wierzę!

Twoja M.

niedziela, 1 grudnia 2013

Czemu dzieci nie lubią wf'u?

Na początek troszkę się Wam pochwalę! :) 

Wczoraj zostałam instruktorem Rugby TAG, bezkontaktowej wersji rugby, która jest bezpieczna dla dzieci i młodzieży. Teraz czekam na licencję z Polskiego Związku Rugby. Jestem z siebie bardzo dumna. Co prawda, nie było jakoś bardzo trudno zostać tym instruktorem, ale jestem bardzo zadowolona, że się zdecydowałam, bo naprawdę się bardzo wahałam. Jednak z pomocą mojego niezawodnego P. w końcu udałam się do Bolesławca na kurs... no i udało się! :)

W ogóle skąd taki pomysł? P. trenuje rugby, dzięki niemu zobaczyłam ogłoszenie o kursie. Sama jestem opiekunem kolonijnym, więc każdy papierek związany z dziećmi może się przydać. Co więcej, trzeba się rozwijać wszechstronnie.


Natchnęło mnie to wszystko do przemyśleń... czemu dzieci tak bardzo nie lubią wf'u? Przecież sport to zdrowie i każdy rozsądny człowiek o tym wie. Jednak gdy głębiej się nad tym zastanowiłam odkryłam, co jest tutaj nie tak...



Może na własnym przykładzie - w podstawówce uwielbiałam sport. Skakałam, biegałam, fikałam, pływałam, tańczyłam, trenowałam judo, robiłam szpagaty, piękne gwiazdy, byłam szybka i zwinna. Co prawda, jak to dziecku - czasem nie chciało mi się zmęczyć, jednak zawsze "po" byłam bardzo zadowolona. Raczej nie starałam się unikać zajęć. No może z małym wyjątkiem... w 5 klasie miałam koszmarnego wuefistę. No i tu właśnie pies pogrzebany...

Poszłam do gimnazjum - wysportowana, w pełni dziecięcych sił. Byłam jedną z lepiej wysportowanych dziewczyn w klasie, jak nie w całym roczniku. Jednak sposób prowadzenia wf'u zniechęcił mnie nie tylko do niego, ale także do jakiegokolwiek sportu. Byłam nastolatką, jednak nastolatki nudzą się podobnie szybko jak 3 latki. Jeśli przez 3 lata na wf''ie uczyłam się dwutaktu, to jak miało mnie to zachęcić do ruchu? Przy okazji pani nauczycielka uczyła się go razem z nami. No porażka.
Kolejnym problemem był brak dyscypliny. Nie mówię tu o tym,m że powinni stać nade mną z batem. Ale jeśli mam przykazane robić 30 brzuszków + 30 przysiadów + 30 grzbietów (uwaga, uwaga - w gimnazjum nigdy nie powiedziano mi jak POPRAWNIE wykonywać przysiad!), a kobieta wychodziła sobie na zaplecze pić kawę, to jak miałam coś robić? Wtedy się cieszyłam, że mogę się obijać, teraz jak o tym myślę, to pojawia mi się tylko jedno słowo w głowie - żal.
Organizacja także była godna pożałowania - miałyśmy 45min wf'u, wtedy miałyśmy mieć basen. Zanim doszłyśmy np. jesienią czy zimą (trzeba było pójść do szafek, ubrać szalik, kurtkę itd). to już lekcja trwała, albo własnie zsię zaczynała. Przebranie się i prysznic przed - kolejne 10 min. Później sprawdzenie obecności, z 15 min pływania i koniec, bo musiałyśmy przecież wysuszyć włosy i iść na zajęcia, na które i tak zawsze się spóźniałyśmy, a nauczyciele się denerwowali...
Łyżwy - większość pewnie pomyśli - wow, łyżwy na wfie. No tak, fakt - fajnie. Ale ja nie potrafiłam jeździć w ogóle. Jak zaczęła się zima miałam rękę w gipsie, ominęłam 2 pierwsze zajęcia. Później poszłam raz - szło mi najgorzej, bnigdy wczesniej nie jeździłam, a dziewczyny miały już 2h za sobą. Dostałam jeszcze solidny opierdziel, że "trzeba było sobie ręki nie łamać". Tak mnie to zniechęciło, że przez kolejnych 6 lat szkoły wymigiwałam się od łyżew i chociaż skończyłam już liceum parę lat temu, dalej nie umiem przełamać się do tego sportu...

Liceum wyglądało bardzo, bardzo podobnie. Jedyną różnicą było to, że tak naprawdę po 3 latach żałosnego wfu z moją kondycją było fatalnie. Niestety w 2 liceum zaczął się mój poważny problem z kolanem. Tak naprawdę ostatnie 2 lata szkoły miałam zwolnienie z wf, ćwiczyłam bardzo mało, bo albo byłam w ortezie, albo gipsie. Mogłam wykonywać tylko lekkie aktywności fizyczne.

No i tak poszłam na studia. Po świetnych zajęciach w podstawówce, koszmarne 6 lat w gimnazjum i liceum, które zniechęciły mnie do wf'u i sportu. Nie kojarzył mi się on z przyjemnością, wręcz przeciwnie. Z przykrym obowiązkim, wrednymi nauczycielkami, które tak naprawdę mają nas gdzieś, wolą jeść ciasteczka na zapleczu, a nas pozostawić sobie samym. 

Stąd mój apel
Rodzice, zainteresujcie się - jak wygląda wf w szkołach Waszych dzieci. Czy chodzą tak chętnie, czy może proszą Was non stop o zwolnienia? Może problemem nie są one i mały leń w nich siedzący, ale brak pasji, ze strony nauczycieli. Jeśli oni nie są zafascynowani sportem, to jak mają przekazać to dalej? 
Nauczycielu wf'u - mam nadzieję, że jesteś lepszym nauczycielem niż moi... Moi skutecznie obrzydzili mi sport i aktywność fizyczną. Nigdy nie tłumaczyli czemu powinniśmy ćwiczyć, jak ważne jest to dla naszego zdrowia. Miałam ćwiczyć, bo tak. Żadnego wytłumaczenia, nic... 

A Wy jak wspominacie swoje wychowanie fizyczne? Byłyście zadowolone, czy podobnie jak ja - niezbyt? 

Może macie jakieś pomysły, jak zachęcić dzieci do ruchu? Trzeba pokazać im, jak ważny jest sport w ich życiu. To nie chodzi tylko o wygląd, ale o każdy inny aspekt. Ja wiem to dopiero od niedawna, bo sama się o tym przekonałam... po kilku latach bez ruchu. 

Pozdrawiam Was ciepło!
M.

czwartek, 28 listopada 2013

Znienawidzone boczki - jak się ich pozbyć?

Większość kobiet (ale także mężczyzn, chociaż rzadziej!), które walczy o piękną figurę uświadamia sobie w pewnym momencie, że ze spodni wylewa im się po bokach niezbyt ciekawie wyglądająca masa... 
Niestety, tłuszcz u pań bardzo lubi odkładać się w tamtej okolicy. Jest to spowodowane przede wszystkim zamiłowaniem do niezbyt dobrego jedzenia oraz braku ruchu,a jeśli nawet ma miejsce aktywność fizyczna, to często ta część ciała jest pomijana.

Od razu Was zmartwię - nie ma jednego ćwiczenia czy środka, który jak za pociągnięciem magicznej różdżki zmniejszy nam boczki. No chyba, że liposukcja, której nie polecam. Aby pozbyć się tłuszczu w tej okolicy, potrzebna jest jego redukcja w całym ciele.

Najważniejszą rzeczą w przypadku boczków jest odpowiednia dieta... Nie chodzi o katowanie się bezsensownymi głodówkami, a o zmianę nawyków żywieniowych. Powinniśmy pić jak najwięcej wody, unikać przetworzonych pokarmów (białego chleba, fast-foodów), słodyczy, czy niezdrowego tłuszczu. Jak powinniśmy jeść? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie tutaj. Pamiętajcie także o Waszych potrzebach energetycznych! Jeśli chcecie schudnąć musicie ograniczyć ilość spożywanych kalorii, ale z głową. Możecie o tym więcej przeczytać w tym poście.

Sama dieta nie wystarczy, chociaż jest ona najważniejsza. 
Przejdźmy zatem do ćwiczeń. Wybierajcie sobie dowolnie i róbcie własne zestawy, które dołączajcie do Waszych treningów. Po jakimś czasie regularnych ćwiczeń powinny pojawić się efekty.

1. Aeroby - musimy pozbyć się tłuszczyku, sama rzeźba nie wystarczy. Niestety... Bieganie, rower, łyżwy, rolki, orbiterek - wszystko to, pomoże nam spalić zbędną masę.

2. Hula - hop, ćwiczy on świetnie mięśnie brzucha, ładnie kształtuje talię oraz doskonale "ubija" wroga, jakim są boczki.

3. Twister to kolejny przyrząd, który może Wam pomóc w tej walce. Nie tylko ćwiczy on mięśnie brzucha, ale także kręgosłupa. Zaletą, jak i w przypadku hula - hopu jest to, że możecie wykonywać te ćwiczenia oglądając ulubiony program w telewizji :)

4. Brzuszki skośne (lewy łokieć do prawego kolana, prawy łokieć do lewego kolana)

5. Nożyce (pionowe, poziome i okrężne)


6. Skrętoskłony


7.Planki, szczególnie boczne

8. Najlepsze na świecie ćwiczenia na boczki - 10 min z Tiffany Rothe. Uwielbiam ten zestaw - ćwiczenia są żwawe, trochę przypominają taniec, uśmiech Tiff jest cudowny, nie są to ćwiczenia siłowe, ale także "lekkie aeroby", dzień po przekonacie się, że macie mięśnie, o których nie mieliście pojęcia. Polecam ten zestaw gorąco! :) Powinniśmy włączyć go do naszego zestawu ćwiczeń. 3 razy w tygodniu + inne ćwiczenia i powinny być efekty.

9. Zestaw plankowy fitappy  - różne ćwiczenia na mięśnie brzucha (zarówno mięsień prosty, jak i mięśnie skośne) 



Wybierajcie do woli, łączcie w zestawy. Pamiętajcie, aby nie skupiać się tylko na jednym ćwiczeniu, ale zmieniać je regularnie, aby mięśnie się nie przyzwyczaiły. Wtedy efekty będą mniejsze.

Co Wy na to, aby zrobić wyzwanie na boczki i ramiona? :)

Przypominam Wam także o akcji dla Oliwki! Dziewczynka jest ciężko chora, ale możemy jej pomóc ;) 

1. Tutaj wpłacamy pieniądze, każdy grosz się liczy! Każda złotówka może pomóc.

2. Tutaj dołączamy do wydarzenia, aby było nas jak najwięcej. Zaproście także swoich znajomych. Każdy dodatkowy osobnik, to szansa na dodatkowe pieniądze dla Dziewczynki :)


wtorek, 26 listopada 2013

Kochać siebie, o co tak właściwie mi chodzi?

Kilka razy dostałam zapytanie - o co mi tak właściwie chodzi z tym pokochaniem siebie, czy nie chcę zostać narcyzem, na czym mi zależy?

Postanowiłam odpisać i wyjaśnić, czym jest dla mnie tytułowe kochanie siebie, o które ciągle walczę.

Kochać siebie to....

  • miłość do swoich zalet, do tego, co jest w nas dobre, podkreślanie ich
  • chęć zmiany tego, co możemy zmienić na lepsze - zawsze możemy schudnąć, zadbać o siebie, starać się być lepszym człowiekiem
  • zaakceptowanie naszych wad, na które nie mamy żadnego wpływu - nie ma ideałów
  • pogodzenie się z pewnymi "defektami", które tak naprawdę nimi nie są. Za duży nos, odstające uszy? To siedzi tylko w głowie.
  • dbanie o swoje ciało
  • chęć pomocy sobie i innym
  • spełnianie swoich marzeń, dążenie do nich
  • pracowanie nad sobą
  • myślenie o sobie dobrze, pozbycie się zbędnej krytyki
  • bycie kochanym przez innych i kochać innych
  • dbanie o swoje zdrowie - zdrowa żywność i dawka ruchu na pewno nam w tym pomoże
  • troska o własny rozwój, aby nie stać w miejscu
  • umiejętność przyjmowania krytyki i komplementów
  • szanowanie swoich decyzji, także błędów, bo to one uczą nas jak postępować
  • radosna samoakceptacja każdej cząstki ciała i duszy
  • zaufanie do siebie, przekonanie, że podejmuje się w życiu dobre decyzje
  • nie żałowanie tego, co już się stało, ale pragnienie, aby każdy kolejny dzień był lepszy
  • trzymanie się własnych zasad
  • chęć wygrywania, ale też pogodzenie się z porażkami
  • rozwijanie swoich pasji
  • bycie sobą, nie kimś innym
  • podkreślanie swojej wyjątkowości, bo to ona jest w nas piękna
  • umiejętność powiedzenia "nie"
  • dbanie o bycie dobrze zrozumianym
  • brak zawiści dla innych
  • to chęć słuchania i rozumienia innych
  •   i wiele, wiele innych.....
Jak widzicie, termin ten jest naprawdę bardzo szeroki. Jednak nie można jasno określić, czym jest miłość do samego siebie. 
Na pewno jest to samoakceptacja siebie, takim jakim się jest, ale nie stanie w miejscu, ale próba stania się jeszcze lepszym. Jest to dbałość o swoje zdrowie i życie. Jest to szansa, o którą musimy zawalczyć i której nie możemy przegapić...
 Podążając za Oscarem Wilde'm, wiem jednak że na pewno jest to początek romansu na całe życie.

A czym dla Ciebie jest kochanie siebie?

poniedziałek, 25 listopada 2013

Akcja świąteczna - pomoc dla Oliwki! -

Zamiast świątecznego cukiereczka, dla Oliwki złotóweczka!


Jak pisałam w ostatnim poście - warto pomagać. Z wielu różnych powodów. 
Po pierwsze - pomagamy KOMUŚ. Przynosi  to korzyści dla tej osoby, wywołuje uśmiech, pomaga przezwyciężyć chorobę itd.
Po drugie - pomagamy SOBIE. Może to troszkę egocentryczne, ale tak - pomaganie komuś traktuję jako pomaganie sobie. Jest to moja własna terapia. Gdy mam kryzys, to czuję się beznadziejnie sama ze sobą. Pomoc komuś pokazuje mi, że aż tak źle ze mną nie jest. Nie zapominam jednak, że pomagam głównie KOMUŚ.

Tak też stało się i teraz... Przymierzałam się do jakiejś większej, charytatywnej akcji. 
Zbliżają się święta, powoli można poczuć grudniowy klimat - bombki, choinki, Mikołaje, kolędy. Święta zawsze kojarzyły mi się też z szeroko pojętą dobrocią. Ludzie są wtedy bardziej skłonni do pomocy, czują wewnętrzną potrzebę pomagania. Postanowiłam to wykorzystać, bo osoba, której można pomóc sama mi się niestety nasunęła.


Oliwka Podwapińska, kilkunastomiesięczna dziewczynka chora na okropnie rzadką chorobę - Malforację żyły Galena - typ VGAD. Zaatakowała ona mózg dziecka - powstały tam 2 wielkie naczyniaki, które uciskają na narząd co raz bardziej. 

Szczęście w nieszczęściu... Oliwię zdiagnozowano bardzo szybko, dzięki czemu jest jeszcze szansa na normalne życie. Nieszczęściem oprócz choroby jednak jest to, że jest ona bardzo, bardzo rzadka. W Polsce nie ma opcji jej leczenia. Jednak dzięki jej wspaniałym rodzicom udało się załatwić miejsce w klinice w Nowym Jorku, gdzie podejmą się wykonania operacji. Kwota jednak, która potrzebna jest na operację przewyższa możliwości zwykłego człowieka. 


Stąd też pomysł na akcję - zamiast świątecznego cukiereczka, dla Oliwki złotóweczka! 
Każdy z nas ma listę bliskich osób, które planuje obdarować prezentem na święta. Dopiszmy do tej listy też Oliwkę! Wiadomo, że kwota jaką możemy wpłacić na poczet Dziewczynki jest różna. Ktoś może wpłacić 10 złotych, inny 100 złotych, a ktoś inny tylko i aż złotówkę. 

Pomyślicie może - co moja złotówka zmieni? Dużo! 
Gdyby każdy kto przeczyta tego posta wpłacił chociaż złotówkę mielibyśmy już ok 100 złotych na koncie, a może i więcej? 
Jeśli jednak nie możecie wpłacić nawet złotówki - powiadomcie o akcji swoich znajomych, udostępnijcie wydarzenie! Im nas więcej, tym większa szansa na szybkie zebranie kwoty potrzebnej na operację. 

Zamiast kupienia kolejnego batonika do świątecznej paczki dla pociechy - wydaj te 2 zł na Oliwię, a na pewno nie pożałujesz. Uśmiech zdrowej Dziewczynki wynagrodzi Ci wszystko. Im bardziej się zaangażujesz, tym radość z osiągniętego celu będzie większa. Także do dzieła kochani!

Naprawdę na Was liczę, każda złotówka, każda osoba, która dołączy do akcji znaczy bardzo dużo!

Co dzieje się u Oliwki możecie przeczytać tutaj.

Wydarzenie na facebooku, do którego bardzo, bardzo proszę abyście dołączyli (im nas tam więcej, tym więcej osób się o tym dowie!) znajdziecie tu.

I NAJWAŻNIEJSZY LINK, GDZIE I JAK WPŁACAĆ PIENIĄDZE - Tutaj wpłacamy pieniądze :)

Powodzenia!

Z góry dziękuję w imieniu swoim, Oliwki oraz jej rodziców! :)

środa, 20 listopada 2013

Na koniec dnia - zrób coś dobrego

Króciutko -  nie wiem czy znacie stronę http://www.siepomaga.pl/. Jeśli nie to musicie koniecznie na nią wejść!
Każdy z nas wydaje czasem złotówkę na pierdoły, wydajmy tę złotówkę, czy kilka złotych dobrze - pomóżmy komuś.
Podopiecznych tej strony jest naprawdę wiele, każdy potrzebuje pomocy, każda złotówka się liczy.

Zrezygnuj z batonika - pomóż komuś!

Ja na dziś wybrałam malutką Marysię. Jest prawie w wieku mojego brata i jej choroba i cierpienie są niewyobrażalne. Marysia nie chodzi, nie mówi, nie uśmiecha się, rusza tylko paluszkami. Niestety nie może też kaszleć, przez co narażona jest na wielkioeż niebezpieczeństwo. Może ktoś też będzie chciał pomóc dziewczynce, jeśli tak to może to zrobić tutaj.

A ja myślę nad akcją świąteczną. Mam nadzieję, że razem coś zdziałamy.

Może jak pomogę komuś, to pomogę też sobie?


Kukiełki na poprawę humoru! "Mamo zrób je ze mną"!

Zaczęło się niewinnie. Konkurs w przedszkolu, trzeba zrobić kukiełki postaci z wierszy Tuwima... 
No to do roboty wraz z Maciusiem i moim Chłopakiem powstało wiele pięknych dzieł.

Zaraz do przedszkola zawiozę Słonia Trąbalskiego oraz Murzynka Bambo
Słoń Trąbalski i Murzynek Bambo
Potem w ramach dalszej poprawy humoru, mieliśmy z P. obejrzeć jakiś film + zjeść przygotowaną przez niego sałatkę (była pyszna!). 
Mama P., nauczycielka w klasach 1-3, była zachwycona pomysłem kukiełek, dlatego też w raz z kuzynką P. postanowiliśmy zrobić "ilustracje przestrzenne" do bajki z podręcznika dla dzieci. Niekonwencjonalnej śpiącej królewny, która mieszkała w bloku i pocałował ją listonosz. 
Zabawy było naprawdę mnóstwo, powychodziły śmieszne rzeczy.

Powiem Wam, że twórcze działania bardzo rozluźniają, są świetnym odganiaczem stresu i polecam je gorąco!
A oto nasze nocne dzieła:
śpiąca królewna (lekko pomarszczona) i jej nowy mąż listonosz

Dobra wróżka i zła wróżka - dozorczyni.

Piękna Królowa i Srogi Król


Materiały dydaktyczne w komplecie

Polecam Wam gorąco! Bawcie się ze swoimi pociechami, a jeśli ich nie macie - to sami. To naprawdę wielka frajda, także dla dorosłych.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Kryzys

Dziś będzie krótko - przepraszam, że nie piszę od kilku dni.
Powiem szczerze - brak weny, zbyt dużo w moim życiu się dzieje, nie są to niestety pozytywne sprawy.

Od kilku dni nie trzymam się prawie żadnych swoich zasad, myślę, że właśnie osiągnęłam swoje własne dno. Odkąd zmieniłam to i owo w swoim życiu (mniej więcej w styczniu) były wzloty i upadki. Na szczęście więcej wzlotów.  Teraz nastał czas na upadek, spektakularny upadek.

Liczę na to, że jednak powstanę jak feniks z popiołu, już niebawem. 

Bo przecież czasem trzeba upaść na same dno, aby później wznieść się na wyżyny, prawda?

Życzę Wam więcej mocy
M. 

wtorek, 12 listopada 2013

Co zrobić z obwisłymi ramionami?

Chociaż lato już za nami i co raz częściej mamy zakryte ramiona, to nie znaczy, że problem obwisłych ramion nas opuścił. Wręcz przeciwnie! Lepiej teraz wziąć się do roboty i już za kilka miesięcy pokazać światu piękne, zgrabne, lekko ukształtowane ramiona.

Wiele kobiet, nawet szczupłych, boryka się niestety z tym problemem. Część z nas ma tam obwisłą skórę, część także pod nią skrywa zapasy tłuszczyku. Ramiona są tą częścią ciała, o której wiele kobiet zapomina i dopiero gdy staje przed lustrem z fajnym
brzuchem, dobrymi nogami no zauważa pewną dysproporcję - niezbyt atrakcyjne ramiona. Są one skutkiem złej diety, a także braku ćwiczeń na tą część ciała. Niektóre dziewczyny nie ćwiczą ramion, bo boją się przypakowania - nic bardziej mylnego. Bardzo trudno zbudować zbyt duże mięśnie kobiecie, a na pewno nie ćwiczeniami z kilku kg hantlami.



Główną zmorą są ramiona przy tricepsie, to właśnie tam ramiona najbardziej "zwisają" tworząc tzw. pelikany czy motylki. Tłuszcz w okolicach bicepsów także się odkłada, jednak jest mniej widoczny. Poza tym codzienne czynności bardziej angażują biceps, a nie triceps, który jest zaniedbany.




Po co ćwiczyć ramiona?

  • aby uzyskać proporcjonalną budowę
  • wzmocnić mięśnie
  • będzie nam łatwiej dźwigać walizki i odkręcać słoiki
  • dla pięknego wyglądu

Co możemy z tym robić?

Na youtube możemy znaleźć naprawdę wiele fajnych, gotowych zestawów. Tutaj przedstawiam Wam te, które mi osobiście się najbardziej spodobały.

Trening Tiffany Rothe (3min) - najlepiej wykonać go 3 razy, lub połączyć z innym zestawem. Energicznie, bardzo szybko czas mija.

8minutowy trening Fittappy - ramiona pieką, szczególnie przy większym obciążeniu. Warto zwrócić uwagę na niezbyt lubiane pompki - bardzo kształtują ramiona! :)

Trening z FitnessBlendera - trwa on aż 20 minut, ale gwarantuję, że będzie to dobrze wykorzystane 20 min.

10 minut z Mel B - tej Pani nikomu nie trzeba przedstawiać. Filmik z serii 10 minutowych treningów poszczególnych części ciała.
Wrażenia po treningu - pali! :D


Do wszystkich ćwiczeń potrzebne są ciężarki. Ja mam takie, które ważą tylko 2kg. Ale planuję kupić także 2kg i 3kg. W chwili obecnej, gdy chcę większe obciążenie używam butelki z wodą. Jednak jest ona mniej wygodna podczas ćwiczeń. 

Co jest ważne podczas ćwiczeń?

1. Regularność, wykonanie treningu raz w tygodniu cudów nie zdziała. Starajcie ćwiczyć się co drugi dzień minimum 10 min.

2. Różnorodność - same treningi na ramiona nie wystarczą. Dołączcie do tego kardio, interwały, które pomogą Wam spalić tłuszcz, nie tylko z okolic ramion, ale z całego ciała. Wtedy też, Waszym zadaniem będzie już tylko rzeźba.

3. Nie ćwiczcie ciągle tego samego. Zmieniajcie zestawy. Dziś Fittappy, pojutrze Mel B, potem coś innego. Jeśli ćwiczymy ciągle to samo, mięśnie się przyzwyczają, a efekty są o wiele, wiele wolniejsze.

4. Odpowiednia dieta to podstawa. Ćwiczenia to ok. 30 % sukcesu. Trzeba się dobrze odżywiać, a jak to zrobić przeczytacie  - tutaj.

5. Komponujcie zestawy same. Wymyślcie własne ćwiczenia, bawcie się hantlami wykonując inne czynności - np. gdy kręcicie hula-hopem, oglądacie serial itd. Na dole znajdziecie kilka propozycji ćwiczeń do wykonywania. Mieszajcie je do woli, a na pewno unikniecie nudy.

6. Nie zapominajcie o pompkach! Dołóżcie je do codziennego treningu, a na pewno zobaczycie efekty.

Ja dziś planuję zrobić Fittappy + Tiffany. A Ty co dziś zrobisz ze swoimi zwisającymi ramionami?

Trochę ćwiczeń do własnego komponowania zestawów 









Odżywki, suplementy? Warto?

Dziś krótki post, a raczej zapytanie - stosujecie coś?

Sama nigdy niczego nie stosowałam. Jedyną moją suplementacją bywały witaminy + skrzyp na włosy i paznokcie. Nie stosowałam żadnych "wspomagaczy".
 Ostatnio jednak myślę nad czymś takim. Nie chcę oczywiście brać jakiś nielegalnych dziwacznych substancji, myślę natomiast o małym wspomaganiu, które pomogłoby mi ćwiczyć intensywniej. Nie wiem jednak czy to ma sens.


W żadne "cud tabletki" nie wierzę. Reklamy popularnych środków na odchudzanie mnie troszkę śmieszą. Bo mam zrzucić balast, bo połknę 3 tabletki podczas dnia i wywalę na to kupę forsy? Najlepsze w tych reklamach jest to, że jak się je ogląda to ma się wrażenie, że można jeść do woli, nie ruszać się wcale, łykać tabletkę i cm lecą w oczach. Ale gdy się przypatrzymy, to dojrzymy malutką, prawie niewidoczną czcionkę na dole reklamy, która informuje nas, że efekty będą, jeśli dołączymy do tego odpowiednią dietę + aktywność fizyczną. W tym cała rzecz!

Diety specjalnej nie mam. Staram się jeść po prostu zdrowo, chociaż wiadomo, że grzechy się zdarzają. Jem regularniej, bardziej kolorowo, mniej tłusto itd. Aktywność fizyczna umiarkowana. Ostatnio było naprawdę trudno, bo nałożyło się dużo innych spraw i zdrowie szwankowało, ale wracam na dobre tory. Nie chcę rezygnować ze zdrowego jedzenia, ani z ruchu. Chciałabym tylko troszkę się wspomóc.


O czym myślałam?

  • coś co pobudziłoby termogenezę, czyli najogólniej mówiąc zespół procesów metabolicznych, który pomaga utrzymać w organizmie stałą temperaturę oraz wspomaga spalenie tłuszczów (dzięki termogenezie tłuszcz łatwiej uwalnia się z komórek ,a potem jest szybciej spalany z uwalnianiem energii cieplnej)
  • coś pobudzającego, aby było więcej energii do ćwiczeń i życia w ogóle ;), czyli jakieś suplementy z kofeiną, zieloną herbatą, Yerba Mate, guarana itp. substancje połączone w jedną, spójną całość
  • coś z L-Karnityną, aby pobudzić gospodarkę lipidową, utrzymać optymalny poziom glukozy, zwalczać wolne rodniki
  • coś co jest pewnego rodzaju spalaczem tłuszczu (oczywiście nie w samym sobie, tylko, żeby wspomogło proces ćwiczeń itd)
Co o tym myślicie? Czy sami coś bierzecie? Czy może coś polecacie?

Będę wdzięczna za każdą pomoc, wskazówkę, radę!

piątek, 8 listopada 2013

Topinambur - roślina, która pomoze nam utrzymać zdrowię, wage i piękny wygląd

Słyszeliście kiedyś o topinamburze? Ja do niedawna też nie. Dostałam go troszkę od rodziców mojego Chłopaka, którzy go uprawiają. Dziś robiłam sobie z niego pyszne placuszki, dlatego postanowiłam się z Wami podzielić informacjami o tej ciekawej roślinie.

Topinambur, zwany także słonecznikiem bulwiastym, pochodzi z Ameryki Północnej. Jadalną dla ludzi częścią są bulwy, podobne wyglądem do ziemniaków. Swoją drogą, kto wie... może gdyby nie one, to dziś jedlibyśmy do obiadu właśnie topinambura? Jest on ciekawa alternatywą, szczególnie, że posiada wiele zdrowotnych właściwości. 


Dlaczego jedzenie topinambura jest wskazane?

  • jest idealny dla cukrzyków, ponieważ zawiera całkiem sporo insuliny, która zamienia się w cukier prosty, idealny dla diabetyków
  • posiada mało kcal, ale dużo substancji odżywczych (w tym cennego błonnika)
  • bulwy posiadają 2 razy więcej witaminy C i B1 niż "brat" ziemniak
  • poprawia przemianę materii, a także posiada bardzo niski indeks glikemiczny
  • pomaga utrzymać dobrą mikroflorę jelit
  • obniża cholesterol we krwi
  • pomagają w stanach przewlekłego zmęczenia
  • jest bardzo dobry dla osób po chemioterapii, ponieważ szybko usuwa toksyny z organizmu
  • pomaga przy zaparciach
  • idealny w profilaktyce chorób serca, naczyń, nowotworów, niewydolności nerek
  • wzmacnia nasza odporność
  • zawiera bardzo dużo żelaza i potasu
  • pomaga utrzymać zdrowe włosy i paznokcie, a także dba o jędrność naszej skóry

Czy to nie wystarczająca ilość powodów, aby dołączyć topinambur do swojej diety?

Niestety, rzadko kiedy możemy go znaleźć w supermarketach. Jednak właśnie teraz trwają wykopki bulw,a w internecie znajdziecie mnóstwo ofert osób, które posiadają plantację słonecznika bulwiastego. Praktycznie w każdym województwie można znaleźć kilku dystrybutorów, a niektórzy wysyłają także roślinę kurierem ;)

Jeśli macie kawałek pola możecie zasadzić topinambura. Gdy kwitnie, jego kwiaty podobne są trochę do słonecznika i mogą być piękną ozdobą. Rośnie w każdej glebie, wytrzymuje mrozy do minus 50 stopni, sadzi się go raz na kilkadziesiąt lat. Jest idealny do uprawy! Trzeba jednak uważać, bo rozprzestrzenia się on szybciej niż chwasty.

A co można z niego przygotować, jak to się jada?

Nie miałam go aż tak dużo, bo wzięłam go tylko na spróbowanie (ale czuję, że załatwię sobie go więcej, bo bardzo mi posmakował), więc postanowiłam zrobić tylko 2 rzeczy.

1. Chipsy. Obrałam, pokroiłam go na cienkie plasterki i wrzuciłam na głęboki olej. Nie jest to może zbyt zdrowa potrawa, jednak całkiem dobra przekąska, w niezbyt dużych ilościach. Doprawiłam słodką papryką i solą.
2. Placki ala ziemniaczane. Topinambur, cebula, marchewka, trochę mąki, 2 jajka, trochę mleka - wszystko zblendowałam i piekłam na oliwie z oliwek. Doprawiłam solą, pieprzem i oregano. Placuszki były naprawdę pyszny i zniknęły w zawrotnym tempie. Zjadł je nawet ze smakiem wybredny przedszkolak, a to już sukces! ;)


W internecie możemy znaleźć o wiele więcej przepisów, na frytki, surówki, sałatki, kotleciki, zupy itd... Na pewno znajdzie się coś dla każdego. 


Jeśli masz okazję - spróbuj, a może i Tobie posmakuje?

niedziela, 3 listopada 2013

Dziennik treningowy

Jeżeli czasem przeglądacie tego bloga, to wiecie, że ja sama czytam parę blogów. Jednym z nich jest blog Savannah Grey, który znajdziecie tutaj. Można tam znaleźć wiele inspirujących rzeczy. 
Właśnie tam przeczytałam o tym, jak autorka bloga prowadzi swój treningowy dziennik. Bardzo, ale to bardzo mi się spodobał! Postanowiłam założyć bardzo podobny :) 
Może i mi uda się kogoś zaciekawić tym pomysłem i dołączycie do tworzenia własnych dzienników?

Kilka razy próbowałam już prowadzić swój motywator treningowy. Próbowałam w Excelu (ten sprawdził się najlepiej), na tablicy korkowej, w kalendarzu. Postanowiłam teraz spróbować tego pomysłu i narysować swój własny dziennik w zeszycie. 

Oto co mi wyszło: 
Zaczęłam prowadzić go dziś i mam nadzieję, będę prowadzić dopóki nie skończy się zeszyt, a wtedy dokupię kolejny! :)


Co znajdziemy w środku?

Na pierwszej stronie napisałam sobie coś motywującego, a dokładniej  - Najlepszy czas na działanie jest TERAZ! Mam nadzieję, że to motto pozwoli mi wytrwać w ćwiczeniach, przestanę wiecznie odkładać wszystko na jutro. Jak wyjdzie? Czas pokaże!

Co znajdziemy jeszcze?
Jedną dużą tabelkę na cały miesiąc. Mam nadzieję, że czerwonych krzyżyków, oznaczających dzień bez ćwiczeń będzie jak najmniej. Niestety miesiąc nie zaczął się idealnie, ale to przez wizytę u babci. A tam było duuużo jedzenia i duuużo lenistwa ;) Chciałabym, żeby 6 krateczek w tygodniu było zapełnionych różnymi zapiskami. Jak widzicie dziś spędziłam 30 min na stepperze (połączyłam pożyteczne z pożytecznym, bo w tym czasie uczyłam się na kolokwium), oraz przeprowadziłam swój własny trening, który inspirowany był najnowszym numerem WH. Wyglądał on następująco - 3 serie po: 15 przysiadów z hantlami, 10 pompek, 15 podciągnięć rąk z hantlami z opadu, 30 s deska, 15 wypadów nóg, na każdą nogę  i deska bokiem z hantlami. Przed tym - 3 min rozgrzewki. Przyznam, że ten trening zajął mi ok 30 min, ale zmęczyłam się bardzo. Spaliłam aż 256 kcal ;) Jestem zadowolona. Oby takich dni w dzienniczku było jak najwięcej.



Oprócz dużej tabelki w moim zeszycie znajdziemy kilka małych tabelek. 2 pierwsze to tabelki związane z moim odżywianiem. Są to te rzeczy, które chcę zmienić. Mam nadzieję, że będzie mi to łatwiej monitorować. Czerwona krateczka - zły dzień, zielona - wspaniały :)

Są też tabelki przeznaczone na aktywności fizyczne, które staram się robić w miarę regularnie - czyli hula - hop i stepper. Aby zakreślić na zielono kwadracik muszę danego dnia robić "to" przez minimum 30 min.




Ostatnio znów piję mniej wody, dlatego taka właśnie tabelka się tam znalazła :) Powracam na dobre tory!
Oprócz wody piję czerwoną i zieloną herbatę.

Znalazło się też miejsce na tabelkę z własnymi treningami. Na końcu możemy znaleźć tabelkę z wymiarami (jutro ją uzupełnię) z miejscem na wymiary ostatniego dnia miesiąca. Jest też kolumna, abym już teraz zapisała, jak chciałabym, aby moje ciało wyglądało po tym miesiącu. Zobaczymy jak bardzo będzie różniła się rzeczywistość od marzeń.


Jest też miejsce na mój cel. W tym miesiącu chcę zrobić 20 pompek (ale takich ładnych, do ziemi, bez przerwy), oraz wytrzymać całe 2 min w pozycji PLANK. Zostawiłam sobie tam trochę miejsca, aby opisywać swoje postępy, np. którego dnia udało mi się wytrzymać dłużej itd.

Na szarym końcu będzie podsumowanie. Czy jestem zadowolona z mijającego miesiąca, jakie błędy popełniłam i co przydałoby się zmienić. Podsumowanie listopada pomoże mi stworzyć tabelki na grudzień.

A Wy, prowadzicie swoje dzienniczki treningowe?
Co myślicie o takim?