wtorek, 28 lutego 2017

Ku motywacji, czyli nowa tabelka i plany na marzec

Za oknem co raz częściej piękne słońce, na termometrach co raz wyższe temperatury, nieśmiałe pąki powoli pojawiają się na drzewach i krzakach. Co to oznacza? Wiosnę! A w moim przypadku wiosna = wielka radość w sercu. 

Mam nadzieję, że najbliższy miesiąc będzie dla mnie naprawdę dobrym miesiącem. Nic się jednak samo nie zrobi. Aby marzec był piękny i satysfakcjonujący czas wziąć się do roboty. Liczę też na dawkę słońca i trochę pozytywnej energii i będzie naprawdę nieźle. 

Jutro oprócz nowego miesiąca zaczyna się także Wielki Post. To dla mnie czas, w którym co roku pracuję nad sobą. Jest to praca zarówno nad ciałem, jak i nad duchem.
Stąd moje postanowienia na najbliższy miesiąc:

*Mniej stresu i zamartwiania się, ponieważ jest to naprawdę destrukcyjne. Za bardzo przejmuję się głupotami i czas to zmienić.W chwili słabości lepiej pomyśleć o tym co jest w naszym życiu naprawdę ważne i wartościowe, a nie o tym co jest trudne. 

*Panowanie nad budżetem domowym. To wyzwanie zapoczątkowaliśmy z P. już w lutym. Chcemy zobaczyć na co głównie idą pieniądze i odłożyć jeszcze większą sumę na zbliżające się wesele.

*Mniej słodyczy i słonych przekąsek. Ostatnio miałam trochę żywieniowej laby. Ciasta, ciasteczka i czekolady pojawiały się od rodziny, bliskich, znajomych, w pracy i znikąd :) Najadłam się ich już chyba na najbliższy miesiąc, dlatego postanawiam ograniczyć wyżej wymienione pokarmy do minimum. Oczywiście w urodziny mojej siostry pozwolę sobie na kawałek tortu, jednak mniej nachos i orzeszków w paprykowej skorupce to naprawdę dobry pomysł. 

*Powrót do lekkiej aktywności fizycznej. Planuję 3 razy w tygodniu poświęcić 30 min na mały trening. Będzie to pilates/joga, czyli coś wzmacniającego i niezbyt obciążającego. Do tego codziennie 2x30 s deski, aby moje mięśnie brzucha powróciły po operacji do normalności oraz sporo spacerów na świeżym powietrzu. 

Co pomoże mi w utrzymaniu moich postanowień?

Moja ukochana tabelka! W tym miesiącu radosna i różowa ;) 

Dla przypomnienia zasady. 

Jeśli: 
  • wypijesz odpowiednią ilość wody
  • zjesz zdrowy posiłek
  • wykonasz trening
  • znajdziesz chwilę dla siebie
  • powstrzymasz się od fast-food'u
  • zrezygnujesz z kupnych niezdrowych słodyczy
  • nie wypijesz alkoholu
to zaznacz kratkę na zielono. Jeśli któraś z powyższych rzeczy nie zostanie spełniona to zamaluj kratkę na czerwono.

Korzystajcie śmiało i piszcie jak tam Wasze plany na początek wiosny.



czwartek, 16 lutego 2017

Czy umiesz być sam ze sobą?

Jako nastolatka byłam uzależniona od telefonu.
Całkowicie uzależniona. 

Nie chodziło mi jednak o gry czy o fajne melodyjki. Ważny był dla mnie ciągły kontakt z drugim człowiekiem. Pamiętacie pakiety na sms? 10 zł i 500 sms, potem super pakiet 500 sms za 5 zł? Potrafiłam wykorzystać to w jeden dzień. Musiałam ciągle pisać lub czytać wiadomości od znajomych. I choć minęło od tego czasu kilkanaście lat to dopiero niedawno odkryłam co stało za moim nałogiem. 

Nienawidziłam bycia samej. Czułam się wtedy samotna i przerażona. Jakby świat miał się zawalić. Czułam wieczny niepokój - co u innych, czy wiedzą co u mnie. Nie potrafiłam też sama poradzić sobie z własnymi myślami i problemami. Myślałam, że jeśli przekaże je dalej będą łatwiejsze do rozwiązania. Inną metodą rozwiązywania problemów, było wyparcie - pogadam o czymś innym, a trudna sytuacja zniknie. Co więcej wartości, które wtedy budowałam oparte były właśnie na innych osobach i moich relacjach z nimi. 

Jak się domyślacie nie było to dobre. Nie było to także zdrowe. Burza hormonalna robiła swoje. Czy oznacza to jednak, że gdy tylko okres dojrzewania się skończył nagle pozbyłam się tego problemu?
Nie do końca. 


Bycia samej ze sobą nauczyłam się całkiem niedawno. Co prawda żyjemy w innej rzeczywistości niż 10/15 lat temu. Teraz nie potrzebuję pakietu sms. Wystarczy ciągły dostęp do internetu w telefonie i w każdej chwili mogę być w innym świecie. Mogę oglądać piękne zdjęcia na Instagramie czy Pintereście, mogę sprawdzić co u moich znajomych, mogę poszukać ciekawych informacji i mogę też w każdym momencie do kogoś napisać czy też odebrać od nich wiadomość. I powiem Wam, że posiadanie takiej możliwości jest super, naprawdę. Z drugiej zaś strony, wiem, że nie potrzebuje tylko tego. 

Potrzebuję czasem czasu dla siebie samej. I teraz już wiem, że bycie samej nie równa się z byciem samotnym. 

Ktoś może zapytać - a po co właściwie być samemu ze sobą?
A po to, żeby odkryć siebie. Posłuchać swoich myśli, zastanowić się nad tym co naprawdę jest dla nas ważne - tu i teraz, ale także czy to samo było dla nas istotne 5 lat temu i czy będzie ważne za kolejnych 5 lat. Wsłuchanie się w siebie to też umiejętność poznania siebie: własnych wad i zalet, a co za tym idzie to możliwość pokochania siebie. Właśnie takimi jakimi jesteśmy, a nie takimi jakbyśmy chcieli być, albo takimi jacy powinniśmy być wg naszych najbliższych. Poznanie i pokochanie siebie jest niezwykle pomocne w uzyskaniu spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Dzięki temu wiemy, że nawet jeśli na zewnątrz panuje huragan to i tak jesteśmy sobie w stanie poradzić. Akceptacja pomaga nam także budować zdrowe związki. Nie takie pt. "a co zrobię gdy będę sama/on jest mi taki potrzebny/to całe moje życie".  Jasne, że druga osoba u boku jest potrzebna, jasne, że cudownie gdy taką osobę mamy. Musimy jednak pamiętać, ze za własne szczęście odpowiedzialni jesteśmy my - nikt inny. Nikt tak dobrze nie rozwiążę problemów jak my sami, nikt nie zrozumie nas tak dobrze jak my sami, nikt nie wie co jest dla nas najlepsze - tylko my sami. 

Do tego wszystkiego potrzebna jest nam świadomość, że jesteśmy w stanie być sami ze sobą. I że sprawia nam to nie ból, ale przyjemność. 
Dlatego spróbuj raz na jakiś czas pobyć samemu. Bez męża, dzieci, rodziców. Bądź offline, odłóż nawet książkę. Wsłuchaj się tylko w siebie, zobacz jakie myśli krążą Ci po głowie i sprawdź, czy potrafisz być sam ze sobą. 



środa, 15 lutego 2017

Bananowy ciasto-chlebek

Wczoraj były Walentynki, ale także miałam wizytę miłych gości. Postanowiłam więc upiec coś pysznego. Szukałam inspiracji i nawet znalazłam fajne przepisy, jednak niestety albo nie miałam jakiegoś składnika albo ciasto wymagało długiego przygotowania.
Dlatego pokombinowałam trochę sama i stworzyłam coś innego. Moją inspiracją był Murzynek Bananowy Ani Lewandowskiej, a co powstało? :)

Nie zdążyłam zrobić zdjęcia całego ciasta... ;)



Składniki: 

100g mąki kokosowej
170g mąki ryżowej
3 duże, dojrzałe banany
2 duże jajka
150ml napoju/mleka ryżowego
60ml rozpuszczonego nierafinowanego oleju kokosowego
1/2 szklanki cukru trzcinowego
5 łyżek karobu
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

Wykonanie:

Banany zblendowałam. Dodałam resztę składników. Połączyłam wszystko mikserem na średnich obrotach. Ważne jest aby ciasto nie było zbyt gęste. Pamiętajcie, że mąka kokosowa chłonie dużo wilgoci. Jeśli widzicie, ze ciasto jest bardziej plastyczne niż lejące dodajcie więcej mleka lub dodatkowe jajko. Róbcie to jednak stopniowo.
Keksownicę wysmarowałam tłuszczem i opruszyłam mąką. Wylałam do niej ciasto, które piekłam  50 min w temperaturze 180st z włączonym termoobiegiem. Czy ciasto nie jest jeszcze surowo sprawdźcie drewnianym patyczkiem.

Jak widzicie - czas wykonania to 10 min + pieczenie, czyli naprawdę ekspresowo.
A efekt niezwykle smaczny. Ciasto można jeść bez żadnych dodatków. Jest wilgotne, niezbyt słodkie, o wyczuwalnym smaku bananów z lekkim posmakiem kokosa. Myślę, że będzie idealne także z dodatkiem domowych powideł, co sprawdzę następnym razem.

Smacznego! ;)
Do kawy idealny <3

wtorek, 7 lutego 2017

Podsumowanie stycznia + krótkie plany na luty

Lekko spóźnione, ale zaplanowane podsumowanie przede mną.




Styczeń był dla mnie miesiącem dość trudnym. Nie ukrywam, że nie był to wymarzony początek roku. 

Zaczęłam go chorobą, która wlekła się za mną przez kolejne 3 tygodnie. Zaczęłam chorować 23 grudnia, około 1.01 było lepiej choć ciągle miałam niesamowicie mocny kaszel. Ok 10 stycznia znów się pogarszało - katar, ból głowy, stan podgorączkowy i wszystkie inne niezbyt przyjemne objawy. 14 stycznia byliśmy na weselu, na którym bawiliśmy się świetnie pomimo tego przeziębienia (które złapało też Pawła). To było nasze ostatnie kawalersko -  panieńskie wesele, bo za niecałe 5 miesięcy nasz dzień. 

Szczęśliwi

Około 19 stycznia miałam wrażenie, że wstrętne choróbsko w końcu mnie opuściło. Ale chyba tylko po to, żeby 21 wylądować w szpitalu z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego. Ten wyrostek to był niezły skurczybyk. Nie dosyć, że wyniki krwi miałam idealne (żadnego stanu zapalnego!) to jeszcze nie był widoczny na USG. Na szczęście po 10h na SORze trafiłam na dobrego chirurga, który stwierdził, że nie leczymy parametrów tylko ludzi, dlatego przyjmie mnie na oddział. Jak się okazało był to bardzo dobra decyzja. Po kolejnych kilkunastu godzinach zostałam zoperowana i pozbawiona (tutaj cytat chirurga) "największego dziwadła". Wyrostek był w dużym stanie zapalnym, cały w ropie. A w dodatku był tak długi, że schował się za jajnikiem i macicą, dlatego nie był widoczny. na USG. Po kilku dniach i małych komplikacjach (krwiak i podrażniony nerw przepony) opuściłam szpital i do teraz znajduję się na zwolnieniu lekarskim, na którym będę jeszcze przez 2 tygodnie. 
W szpitalu jak to w szpitalu - na początku głodówka, a potem dieta sucharkowo kleikowa. Po powrocie do domu - lekkostrawna. Teraz jem już normalnie, choć na piwo i golonkę jeszcze nie mam ochoty :)
Sucharki + Kleik. Kleik + sucharki.

5 dnia w szpitalu dostałam normalny posiłek :D

Niestety wyrostek to nie koniec problemów. W międzyczasie odwiedziłam już komisariat policji zgłaszając przestępstwo - ktoś podszył się pode mnie, przejął mojego maila oraz konto na allegro i robił tam przekręty na kilka tysięcy złotych. Gdy styczeń się skończył pomyślałam sobie - koniec problemów, mam nadzieję, że od teraz będzie tylko lepiej i że wyczerpałam już limit nieszczęść na ten rok. Myliłam się. 

Dziś 7.02, a w międzyczasie pożegnaliśmy naszego kochanego myszoskoczka - Helenkę. Choć mieliśmy ją dopiero 2 miesiące jej śmierć bardzo nas dotknęła, szczególnie, że została ona zagryziona przez swoją towarzyszkę.
Wczoraj załamało się pode mną krzesło i trochę się poobijałam... I znów mam nadzieję, że więcej nieszczęśliwych rzeczy mnie już nie czeka. Trzymajcie za to kciuki!

Kochana Helenka. 


Pomimo pecha w styczniu było trochę fajnych rzeczy. 
Po pierwsze - urodziny mojej mamy i mojego brata, czas spędzony wspólnie z rodziną
Po drugie - możliwości rozwoju w pracy, to dla mnie bardzo cenne. 
Po trzecie  - plany ślubu, przymierzanie sukni ślubnych (choć jeszcze się nie zdecydowałam na tę jedyną)
Po czwarte - trochę dobrej kawy i dobrego jedzenia
Po piąte - czas na nadrobienie zaległości - maraton Gwiezdnych Wojen, dużo przeczytanych książek, sporo snu
Po szóste - trudne momenty pokazały mi ilu wspaniałych ludzi jest obok mnie, ludzi którzy mnie wspierają i kochają. 
Mniam, mniam :)


Śniadanie we dwoje <3

Pizza z przyjacielem

Fit brownie z buraka na mące kokosowej

Kawa i deser

Tort dla fana Gwiezdnych Wojen :)

Pychotka! Kiwi + Banan + napój ryżowy + młody jęczmień <3

Książkowe zaległości

A suknia nadal nie wybrana...

Nasza magiczna fasolka

Zielona herbata z melonem

Zwolnienie? Czas na długie pyszne śniadania - budyń z sokiem z czarnej porzeczki i bananem. 

Jakie więc mam plany na luty?

Dojść do zdrowia, bo to najważniejsze. 
Wtedy powrócić do pracy i znów zająć się tym co lubię.
W międzyczasie odpocząć, czytać, nadrobić Chirurgów, obejrzeć fajne filmy.
Jeść zdrowo, pić dużo wody i się wysypiać.
Poświęcić więcej czasu na planowanie wesela - chcę w tym miesiącu dopiąć listę gości, kupić alkohol, zamówić zaproszenia i wybrać sukienkę. 
Spędzić miły czas z najbliższymi. 

Oby było już tylko lepiej.