niedziela, 29 grudnia 2013

Ostatnie dni roku, czyli odpoczywamy w górach!


 
Na świętach ruchu zbyt wiele nie było...
Od razu po powrocie do domu musiałam przepakować walizkę na trochę cieplejszych rzeczy i wraz z moim P. pojechaliśmy na kilka dni do Lądka Zdroju. Głównym naszym celem jest odpoczynek, przed zbliżającym się styczniem, który naprawdę budzi grozę (sesja, P. broni inżyniera itd...).

Ale nie leżymy do góry brzuchem! Zabrałam ze sobą skakankę i twister, czyli moje nowe zdobycze. 
Dziś poszliśmy na długi spacer po górach. Może nie są to najwyższe szczyty, ale zawsze to coś. Zresztą, ze swoim kolanem nie mogę przesadzać, bo ostatnim razem z góry zostałam zniesiona na rękach z kolanem bliżej stopy, niż miejsca, w którym kolano znajdować się powinno. 
No więc spacerowaliśmy sobie tak w górę i w dół, aby rozruszać zastane przez święta stawy. Wędrówka nawet mnie zmęczyła! Bo gdy było troszkę płaskiej drogi to nie próżnowaliśmy, a skakaliśmy na skakance (taki niby interwałowy trening) :). Staraliśmy się robić ok 100 skoków podczas takiej przerwy w spacerze. 
Niestety, skaczę o wiele gorzej niż P.! On serie 100 skoków robił na 2 razy, a ja na 5... Nigdy nie umiałam tego robić, ale najwyższy czas się nauczyć! Postanowione. Twister będzie użyty za kilkanaście minut. 
 
Jakie jeszcze plany?
Spacerki, spacerki, spacerki ;) 3h to minimum - można się zmęczyć, nawet wypocić, a świeże powietrze bez spalin pozwoli się zdrowo dotlenić.
Wieczorami chodzimy do centrum do Pijalni Wód, które mają właściwości lecznice - między innymi pomagają w bólach stawów - idealnie dla mnie!
Jutro zostaną dowiezione nam stroje kąpielowe i będziemy mogli pójść na basen - i taki zwykły, rekreacyjny, ale także na "leczniczą kąpiel". Nie możemy się doczekać! Nie ma śniegu, więc skorzystamy z kąpielówek ;)

Mentalnie głównie odpoczywamy, chociaż nie możemy całkowicie sobie odpuścić. Uczyłam się dziś nawet niemieckiego... 



Czas wolny sprzyja także przemyśleniom. Jeszcze w tym roku pojawią się tutaj moje noworoczne postanowienia, które wielce odkrywcze nie będą. Mam jednak wrażenie, że złożenie obietnicy online zmotywuje mnie bardziej i może w końcu będę się trzymała chociaż połowy z nich?

A co tam u Was? Jak Wy spędzacie ostatnie dni 2013 roku? Odpoczywacie, pracujecie, trenujecie?
Jakie są też Wasze plany na sylwestrową noc?


Pozdrawiam Was serdecznie!
M.

piątek, 27 grudnia 2013

Twój Dziennik Fitness ( Rok z Ewą Chodakowską) - moje pierwsze wrażenia

Święta, święta i po świętach... Jak co roku minęło szybko, syto, rodzinnie. Jak co roku, po choinkowym szaleństwie zostało parę prezentów, które mam nadzieję, będą służyć bardzo dobrze. 
Oprócz kalendarza, piżamki, mega ciepłych skarpet, biżuterii itp. znalazły się rzeczy, które mają na celu ułatwić mi moje "fit życie". 


Dziękuję Ci Mikołaju/Wam Mikołajom, że czytacie mojego bloga i wiecie, co chciałam dostać, bo to co znalazłam pod iglastym drzewkiem pokrywało się z moimi marzeniami. (Jak widać nawet brodaty dziadek jest w tych czasach online!)

Wśród prezentów znalazłam wymarzony Twister, różową skakankę i Dziennik Fitness Ewy Chodakowskiej. O dwóch pierwszych zdobyczach nie mogę napisać zbyt wiele... Czas pokaże jak będę z nich korzystać i co o nich sądzę w praktyce. 

Postanowiłam jednak napisać kilka zdań o Dzienniku. Co prawda, także jak się sprawuje okaże się po pierwszym miesiącu korzystania, ale już teraz pojawiło mi się kilka myśli w głowie, którymi chcę się z Wami podzielić.

Po pierwsze - cieszę się, że go dostałam. Ostatnio jak część z Was wie miałam mały kryzys emocjonalno-poznawczy związany z osobą Ewy Chodakowskiej. Dlatego też, gdy książka pojawiła się w sklepach podchodziłam do niego z dużą rezerwą. Jednak emocje opadły, a dziennik jest naprawdę ok. Pokładam w nim duże nadzieje, bo z moją motywacją dzieją się ostatnimi czasy koszmarne rzeczy.

Po drugie - niestety mój pomysł (który tak naprawdę był pomysłem zgapionym - Więcej o nim tutaj) na własny dziennik treningów nie wypalił. Motywował mnie, aby potem demotywować. Nie wiem czemu tak się działo, ale przez pierwszy tydzień miesiąca ćwiczyłam ostro. Potem nagle przychodził rest, po którym nie mogłam znów wziąć się do roboty. Skutek był taki, że gdy nie ćwiczyłam 3 dni to stwierdzałam, że mój dziennik jest już brzydki i odstraszał mnie tak bardzo, że nie chciałam ćwiczyć jeszcze bardziej... wiem, wiem - idiotyczne.

Ja zwykle się rozpisałam nie na temat, ale cóż. Przechodzę już do sedna :)

Dziennik podzielony jest na 12 miesięcy. Dużym plusem jest to, że same możemy napisać, od którego miesiąca zaczynamy. Ja zacznę akurat od stycznia, ale gdyby ktoś kupił książkę w połowie roku to nie ma problemu - tak też może zacząć.
W każdym miesiącu mamy dodatkowe wyzwanie, które powinniśmy dołożyć do swoich treningów. Są to np. ćwiczenia na brzuch, ramiona, plecy. 

Każdy miesiąc zaczyna się "Motywacją". Są one dla mnie zbyt górnolotne, ale co kto lubi. 

Następnie mamy miesięczny plan treningowy, podzielony na tygodnie. Powinniśmy do tabeli wpisywać naszą aktywność fizyczną, podawać czas jej trwania oraz zapisywać ocenę punktową za odżywianie w danym dniu. 
Kolejne strony poświęcone są na pokazanie ćwiczeń, które mamy dołożyć do codziennych treningów. Ćwiczenia podobnie opisane jak w pierwszej książce Chodakowskiej.

Następną kartką jest kartka pt. " Warto Wiedzieć". Te strony mi się bardzo, bardzo podobają. Ja lubię ciekawostki! 

Potem jest kilka stron na dokładne opisywanie swoich dni - jak się czujemy, co ćwiczyliśmy, co sprawiało nam trudność, a co było faje. Jak wiecie - raczej nie jestem "słitaśną" osóbką, dlatego podpis - Dziękuję Ci za szczerość z serduszkiem trochę mnie drażni, ale nie jest to wielka wada. Na samym końcu każdego miesiąca jest miejsce na pochwalnie się metamorfozą. Mierzymy się, liczymy dni aktywne, oceniamy odżywianie, wystawiamy sobie ocenę, oraz planujemy co warto poprawić w kolejnym miesiącu. 

Podsumowując - jestem pozytywnie nastawiona. Chociaż dziennik jest troszkę przesłodzony, zbyt górnolotny i lekko pstrokaty to myślę, że może mi pomóc zmotywować się do ćwiczeń i będzie ciekawym urozmaiceniem w kontrolowaniu swoich postępów, błędów, założeń. 

Zobaczymy jak będzie sprawował się w praktyce. Po miesiącu lub dwóch, na pewno podzielę się kolejnymi spostrzeżeniami, które będą już bardziej "serio", bo będą opierały się nie tylko na przejrzeniu książki, ale na korzystaniu z niej aktywnie. 

A Wy macie swoje Dzienniki Fitness?

poniedziałek, 16 grudnia 2013

10 rad jak nie przytyć w święta

Grudzień to dla mnie czas rozpusty. Już do 6.12 w moim pokoju wielki wór słodyczy. Mikołaj zaszalał! Aura do ruchu niestety nie zachęca, weekendy wolę spędzić na pieczeniu pierników i ich konsumpcji niż na spacerze, a najgorsze dopiero przed nami...

12 (lub więcej!) potraw, cały stół wypełniony po brzegi: karp, inne ryby, makiełki, ciasta, pierogi i uszka... a na dokładkę słodkości z i spod choinki. I jak tu trzymać dietę? O tym już dawno zapomniałam.


W święta na pewno nie schudnę. Nie biorę tego nawet pod uwagę. Można jednak postarać się, aby chociaż zachować swoją dotychczasową (niestety niemałą) masę... 

Jak to zrobić?

1. Nie przesadzaj z poszczeniem - Jeśli już kilka dni przed Wigilią jesz mniej, bo myślisz o pysznościach ze stołu - zjesz ich o wiele więcej! Przed świętami nie zapominaj o racjonalny, regularnym jedzeniu. Wtedy, gdy zasiądziesz do wigilijnego stołu nie pochłoniesz potraw razem z zastawą, a zjesz tyle ile potrzebujesz.


2. Nie obżeraj się - wiem, że to trudne. Babcia powtarza - "co tak malutko, nie smakuje Ci rybka?". Zaprzecz i powiedz, że chcesz spróbować wszystkich potraw, a jeśli zjesz więcej ryby to po prostu nie starczy Ci miejsca na resztę. Pomyśl sobie, że musisz zjeść tyle, aby po uczcie móc odejść od stołu od razu, a nie siedzieć przy nim jeszcze 2 godziny, bo pupa przykleiła się od ciężaru do kanapy. Podstawa to zdrowy umiar.

3. Zmień talerze - to nie nowość. Mniejsze talerze - mniej jesz. Gdy nałożysz sobie łyżkę sałatki na wielki talerz wydaje Ci się, że prawie nic tam nie ma i właśnie taką informację dostaje Twój mózg, który podpowie Ci za chwilę - "zjedz więcej! za mało". Gdy jednak tą samą porcję nałożysz na mniejszy talerz,będzie się wydawało, że zjadłaś więcej. 

4. Nie gotuj zbyt wiele - Wigilia Wigilią... Jest, kończy się i tyle. Jednak zazwyczaj mamy tyle jedzenia, że nie trzeba gotować w całym bloku/ w całej wsi przez cały kolejny tydzień. Może zamiast 2 garnków ryby po grecku wystarczy tylko jeden? Na wigilijną kolację na pewno starczy, a im więcej jedzenia, tym dłużej będziemy je jeść. Jeśli natomiast świąteczne jedzenie skończy się już w 2 dzień świąt to będziemy mogli powrócić do starych, dobrych, zdrowych nawyków żywieniowych, zacząć znów gotować zdrowo. 

5. Pij dużo wody - oszukasz wtedy żołądek, który pełny powie szybciej "dość". Woda pomaga także utrzymać przyśpieszony metabolizm, usuwa toksyny itd... same plusy!


6. Gotuj zdrowiej - mniej kalorii w jedzeniu, mniej problemów potem. Jestem fanką pieczenia, to mój sposób na stres. Rok temu upiekłam 2 rodzaje pierników, 5 rodzajów ciastek i kilka ciast. W tym roku planuję podobnie z małą różnicą! Nie będę sztywno trzymała się przepisów. Do pierników dodałam mniej cukru niż było napisane, a trochę więcej cynamonu i imbiru, które jak wiadomo pobudzają metabolizm. Są równie smaczne, a mniej kaloryczne. Co do innych potraw - postaraj się ograniczyć tłuszcz. Może w tym roku zamiast karpia smażonego na oleju upieczesz go w piekarniku? Na pewno wyjdzie równie pyszny!

7.Zwracaj uwagę na swoje picie - po pierwsze woda, o której już pisałam, po drugie: nie przesadzaj z alkoholem, bo on naprawdę tuczy!, po trzecie - pij ziołowe herbatki, po czwarte - po co Ci coca-cola? Wybierz kompot z suszu. Równie słodki, smaczniejszy, a zdrowszy... Chociaż trochę tego i owego też zawiera....

8. Nie zapominaj o ruchu! To bardzo ważne. Większość z nas w święta robi sobie dni lenia. To błąd. Jemy więcej to powinniśmy ruszać się więcej. Zamiast oglądać kolejną świąteczną komedię idź pobiegać, weź dzieci i psa na spacer, porzucaj się śnieżkami, przed telewizorem postaw rowerek, pokręć hula-hopem - cokolwiek. Nie tylko pomoże Ci to spalić większą liczbę kalorii, ale także nie utracisz przedświątecznej kondycji oraz łatwiej po całym tym zamieszaniu będzie Ci wrócić do starego trybu życia. Kilka dni przerwy bardzo demotywuje i naprawdę ciężko potem zwlec się z kanapy.

9. Pamiętaj o warzywach i owocach. Dodaj je do świątecznych potraw. Będzie to nie tylko smaczny, ale i zdrowy, lekki dodatek. Co więcej - jest to lepsza przekąska niż chipsy, batoniki, cukierki i lizaki z choinki.


10. Ciesz się Świętami! To ma być czas radości, spędź go z rodziną, nie licz kalorii. Jeśli troszkę pomyślisz, zmniejszysz porcję, nie zapomnisz o ruchu, zadbasz o zdrowe jedzenie, będziesz pić zdrowo - nie powinnaś przytyć. No może troszeczkę :) A nawet jeśli "po" pojawi się kilka kilogramów więcej to świat się nie zawali. Na pewno będziesz mieć motywację, żeby jakoś to zmienić i zrzucisz balast w szybkim tempie. Nie odbieraj sobie radości, ale jedz z głową! 


P.S. Przypominam o zbiórce pieniędzy dla Oliwki. Zróbmy jej prezent na święta. 
Tutaj wpłacamy pieniądze - nawet złotówka się liczy!

Tutaj dołączamy do wydarzenia i zapraszamy swoich znajomych. Im nas więcej, tym większa szansa na pomoc!

piątek, 13 grudnia 2013

Jestem taki wspaniały, a inni mają tylko szczęście... czyli podstawowy błąd atrybucji.

Ostatnio na zajęciach po raz n-ty przerabialiśmy problem atrybucji. Tak sobie siedziałam i myślałam i stwierdziłam, że jest to całkiem dobry temat na bloga, bo uważam, że świadomość tego, co się w naszych głowach dzieje, może być pomocna przy pokochaniu siebie. A chyba o to chodzi? Zaraz wyjaśnię co konkretnie mam na myśli...

Co to w ogóle jest atrybucja?
Atrybucja jest to przypisywanie czegoś komuś lub czemuś. Jest to taki proces, w którym wnioskujemy o przyczynach zachowania, zarówno swoich, jak i cudzych. Każdy za nas ma potrzebę wyjaśniania. Gdy nasz przyjaciel coś zrobił, coś mu się udało - zastanawiamy się, jak to się stało.

Mamy 2 rodzaje atrybucji: 

  • zewnętrzna - zakładamy w niej, że przyczyna czyjegoś zachowania tkwi w czynnikach zewnętrznych, sytuacji, jaka miała miejsce
  • wewnętrzna - zakładamy w niej, że przyczyna tkwi wewnątrz, związana jest np. z naszymi cechami, zdolnościami itd.

Na przykładzie:
Nasz partner wrócił do domu i zaczął marudzić. Możemy sobie pomyśleć - "pewnie miał ciężki dzień w pracy. szef go wkurzył, pogoda jest fatalna, zmarzł i dlatego tak się zachowuje". Jest to wyjaśnienie przez atrybucję zewnętrzną. Możemy tez pomyśleć - "ech, on jest po prostu zrzędliwą małpą" - wtedy wyjaśniamy jego zachowanie jego konkretnymi cechami. 

Jak już wiecie czym jest sama atrybucja to pora wytłumaczyć, na czym polega podstawowy błąd atrybucji.

Najprościej mówiąc - jest to przecenienia czynników wewnętrznych (np. cech jakiejś osoby), a nie docenianie sytuacji zewnętrznej. 

Marysia dostała w szkole 1. Niestety, nasze automatyczne myślenie, często bez udziału świadomości, podpowiada nam - Marysia jest po prostu głupia. Nie bierzemy pod uwagę tego, że pytania mogły być trudne, albo Marysia ma bardzo trudną sytuacje w domu i nie miała jak się nauczyć.

Kolejny przykład - widzimy jak mama krzyczy na dziecko w sklepie. Od razu myślimy - "co za zła wyrodna matka, złośliwa jędza! Jak można krzyczeń na dziecko". A może tak naprawdę kobieta ma bardzo zły dzień, bo wyrzucili ją z pracy a w dodatku dziecko było po prostu niegrzeczne i po raz pierwszy w jej życiu zdarzyło się, że aż tak zdenerwowała się na swoją pociechę?

Inaczej jest niestety z sukcesami. Jeśli Marysia dostała z kartkówki 5, jak byśmy to wytłumaczyli? Moglibyśmy pomyśleć, że pewnie pytania były banalnie łatwe, albo Marysia ściągała od swojej przyjaciółki. W takiej sytuacji, nie jesteśmy już tacy skłonni do przypisywania dziewczynie mądrości, zaradności itd. 

Jak jednak widzimy siebie?
Zastanówcie się... Coś Wam nie wyszło. Np. nie potrenowaliście dzisiaj. Od razu szukamy przyczyn w sytuacji zewnętrznej - bo miałam dużo nauki, bo moje dzieci zrobiły straszny bałagan, bo mąż nie wyniósł śmieci, bo jest za gorąco na dworze. Mało kto z nas myśli - a może jestem po prostu leniwy?  
Nie zdamy egzaminu. Co wtedy mówimy/myślimy? Pytania były koszmarnie trudne, wykładowca się na mnie uwziął i pewnie krytycznie sprawdzał moją pracę, wyczerpał mi się długopis a w sali było bardzo duszno. Myślicie, że może po prostu jesteście nieinteligentni jak pomyślelibyście w takiej samej sytuacji o Marysi? Raczej nie.

Krótkie podsumowanie -  gdy ktoś odniesie sukces, to szukamy przyczyny w sytuacji zewnętrznej, gdy porażkę - tłumaczymy to jego cechami. Odwrotnie jest w przypadku nas samych. Wtedy każdy sukces na pewno uwarunkowany jest naszymi niezwykłymi zdolnościami, a porażka miała miejsce tylko dlatego, że nie pasowała nam sytuacja zewnętrzna...

Jak to się ma do kochania siebie?
Myślę, że większość z Was już wie ;) 

Po pierwsze - nie patrzmy na innych tak krytycznie. Nie starajmy się przypisywać ludziom złych i niepożądanych cech, tylko dlatego, że coś im nie wyszło. 

Po drugie - myślenie automatyczne, chociaż często przydatne. nie zawsze jest dobre.

Po trzecie - zauważmy swoje wady i postarajmy się je zmienić. Nie jesteśmy doskonali i czasem zawiniliśmy My, a nie świat zewnętrzny. Możemy to jednak zmienić pracą nad sobą.

Wniosek - gdy następnym razem pomyślicie, że ktoś odniósł sukces, bo ma szczęście i sprzyjają mu gwiazdy, a Wy jesteście najwspanialsi na świecie, dlatego się Wam udało - przypomnijcie sobie ten post. Może po przeanalizowaniu sytuacji zobaczycie, że sprawa jest bardziej skomplikowana. 

Bądźcie mniej krytyczni dla innych, a trochę bardziej dla siebie (tylko bez przesady!). Bądźcie za to bardziej życzliwi i mniej zawistni... A na pewno wyjdzie Wam to na dobre i będzie to kolejny krok do pokochania siebie. Takim jakim się jest, w takiej a nie innej sytuacji. 

Powodzenia!
M.





czwartek, 5 grudnia 2013

Drogi Mikołaju...

Drogi Mikołaju!

Byłam w tym roku naprawdę grzeczna. Sprzątałam w domu, gotowałam, nawet dużo piekłam. Grzecznie się uczyłam, czasem pracowałam. Pomagałam rodzicom, rodzeństwu i bliskim. Może chwilami byłam troszkę wredna, ale od razu przepraszałam. Poza tym, sam dobrze wiesz - nie ma dzieci idealnych. Wiedz, że naprawdę się starałam!

Proszę Cię zatem o Mikołajkowy prezent... 

Oczywiście, jak każdy marzę o nowym aucie, pieniądzach na mieszkanie (albo domek w górach?), wielu sukienkach i czaderskich butach. Marzę także o podróży do Afryki, wielu książkach, naprawie rowerka stacjonarnego, twisterze, zestawie hantli (bo mam tylko 1 kilogramowe) oraz karnecie na siłownię, fitness i basen... 
Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybyś przyniósł mi te rzeczy. Nie musisz od razu wszystkich, spokojnie - jeden, dwa, czy pięć prezentów na pewno wystarczy!

Chciałabym Cię jednak prosić o coś nietypowego... Oprócz materialnych przedmiotów, którymi mogłabym się chwalić na uczelni koleżankom (ale nie myśl sobie, że jestem taka chwalipięta!) pragnęłabym:

  • więcej czasu, to mój największy problem ;( Doba jest za krótka. Nigdy nie mogę poświęcić tyle godzin na naukę ile bym chciała i potrzebowała. Cierpią też na tym moi bliscy, którzy mówią - kiedy ten przeklęty semestr się skończy! Cierpi też na tym moje "nowe niedoszłe" ciało, bo czasu na ćwiczenia brak...
  • więcej motywacji, bo kiepściutko ostatnimi czasy bywa... 
  • więcej cierpliwości - nie chcę tak szybko się poddawać!
  • więcej samodyscypliny (spójrz czasem na mnie - od razu będziesz wiedział o co chodzi...)
  • więcej zdrowia, bo to całkowicie się posypało. Chciałabym Ci przypomnieć, że mam dopiero 21 lat, a nie 121...
  • więcej uśmiechu, żebym troszkę pozytywniej patrzyła na świat.
  • więcej czytelników bloga i więcej komentarzy, bo ja nie wiem, czy ktoś to w ogóle czyta... :(
Będę niesamowicie uradowana, jeśli spełnisz moje marzenie. 

Ciągle w Ciebie wierzę!

Twoja M.

niedziela, 1 grudnia 2013

Czemu dzieci nie lubią wf'u?

Na początek troszkę się Wam pochwalę! :) 

Wczoraj zostałam instruktorem Rugby TAG, bezkontaktowej wersji rugby, która jest bezpieczna dla dzieci i młodzieży. Teraz czekam na licencję z Polskiego Związku Rugby. Jestem z siebie bardzo dumna. Co prawda, nie było jakoś bardzo trudno zostać tym instruktorem, ale jestem bardzo zadowolona, że się zdecydowałam, bo naprawdę się bardzo wahałam. Jednak z pomocą mojego niezawodnego P. w końcu udałam się do Bolesławca na kurs... no i udało się! :)

W ogóle skąd taki pomysł? P. trenuje rugby, dzięki niemu zobaczyłam ogłoszenie o kursie. Sama jestem opiekunem kolonijnym, więc każdy papierek związany z dziećmi może się przydać. Co więcej, trzeba się rozwijać wszechstronnie.


Natchnęło mnie to wszystko do przemyśleń... czemu dzieci tak bardzo nie lubią wf'u? Przecież sport to zdrowie i każdy rozsądny człowiek o tym wie. Jednak gdy głębiej się nad tym zastanowiłam odkryłam, co jest tutaj nie tak...



Może na własnym przykładzie - w podstawówce uwielbiałam sport. Skakałam, biegałam, fikałam, pływałam, tańczyłam, trenowałam judo, robiłam szpagaty, piękne gwiazdy, byłam szybka i zwinna. Co prawda, jak to dziecku - czasem nie chciało mi się zmęczyć, jednak zawsze "po" byłam bardzo zadowolona. Raczej nie starałam się unikać zajęć. No może z małym wyjątkiem... w 5 klasie miałam koszmarnego wuefistę. No i tu właśnie pies pogrzebany...

Poszłam do gimnazjum - wysportowana, w pełni dziecięcych sił. Byłam jedną z lepiej wysportowanych dziewczyn w klasie, jak nie w całym roczniku. Jednak sposób prowadzenia wf'u zniechęcił mnie nie tylko do niego, ale także do jakiegokolwiek sportu. Byłam nastolatką, jednak nastolatki nudzą się podobnie szybko jak 3 latki. Jeśli przez 3 lata na wf''ie uczyłam się dwutaktu, to jak miało mnie to zachęcić do ruchu? Przy okazji pani nauczycielka uczyła się go razem z nami. No porażka.
Kolejnym problemem był brak dyscypliny. Nie mówię tu o tym,m że powinni stać nade mną z batem. Ale jeśli mam przykazane robić 30 brzuszków + 30 przysiadów + 30 grzbietów (uwaga, uwaga - w gimnazjum nigdy nie powiedziano mi jak POPRAWNIE wykonywać przysiad!), a kobieta wychodziła sobie na zaplecze pić kawę, to jak miałam coś robić? Wtedy się cieszyłam, że mogę się obijać, teraz jak o tym myślę, to pojawia mi się tylko jedno słowo w głowie - żal.
Organizacja także była godna pożałowania - miałyśmy 45min wf'u, wtedy miałyśmy mieć basen. Zanim doszłyśmy np. jesienią czy zimą (trzeba było pójść do szafek, ubrać szalik, kurtkę itd). to już lekcja trwała, albo własnie zsię zaczynała. Przebranie się i prysznic przed - kolejne 10 min. Później sprawdzenie obecności, z 15 min pływania i koniec, bo musiałyśmy przecież wysuszyć włosy i iść na zajęcia, na które i tak zawsze się spóźniałyśmy, a nauczyciele się denerwowali...
Łyżwy - większość pewnie pomyśli - wow, łyżwy na wfie. No tak, fakt - fajnie. Ale ja nie potrafiłam jeździć w ogóle. Jak zaczęła się zima miałam rękę w gipsie, ominęłam 2 pierwsze zajęcia. Później poszłam raz - szło mi najgorzej, bnigdy wczesniej nie jeździłam, a dziewczyny miały już 2h za sobą. Dostałam jeszcze solidny opierdziel, że "trzeba było sobie ręki nie łamać". Tak mnie to zniechęciło, że przez kolejnych 6 lat szkoły wymigiwałam się od łyżew i chociaż skończyłam już liceum parę lat temu, dalej nie umiem przełamać się do tego sportu...

Liceum wyglądało bardzo, bardzo podobnie. Jedyną różnicą było to, że tak naprawdę po 3 latach żałosnego wfu z moją kondycją było fatalnie. Niestety w 2 liceum zaczął się mój poważny problem z kolanem. Tak naprawdę ostatnie 2 lata szkoły miałam zwolnienie z wf, ćwiczyłam bardzo mało, bo albo byłam w ortezie, albo gipsie. Mogłam wykonywać tylko lekkie aktywności fizyczne.

No i tak poszłam na studia. Po świetnych zajęciach w podstawówce, koszmarne 6 lat w gimnazjum i liceum, które zniechęciły mnie do wf'u i sportu. Nie kojarzył mi się on z przyjemnością, wręcz przeciwnie. Z przykrym obowiązkim, wrednymi nauczycielkami, które tak naprawdę mają nas gdzieś, wolą jeść ciasteczka na zapleczu, a nas pozostawić sobie samym. 

Stąd mój apel
Rodzice, zainteresujcie się - jak wygląda wf w szkołach Waszych dzieci. Czy chodzą tak chętnie, czy może proszą Was non stop o zwolnienia? Może problemem nie są one i mały leń w nich siedzący, ale brak pasji, ze strony nauczycieli. Jeśli oni nie są zafascynowani sportem, to jak mają przekazać to dalej? 
Nauczycielu wf'u - mam nadzieję, że jesteś lepszym nauczycielem niż moi... Moi skutecznie obrzydzili mi sport i aktywność fizyczną. Nigdy nie tłumaczyli czemu powinniśmy ćwiczyć, jak ważne jest to dla naszego zdrowia. Miałam ćwiczyć, bo tak. Żadnego wytłumaczenia, nic... 

A Wy jak wspominacie swoje wychowanie fizyczne? Byłyście zadowolone, czy podobnie jak ja - niezbyt? 

Może macie jakieś pomysły, jak zachęcić dzieci do ruchu? Trzeba pokazać im, jak ważny jest sport w ich życiu. To nie chodzi tylko o wygląd, ale o każdy inny aspekt. Ja wiem to dopiero od niedawna, bo sama się o tym przekonałam... po kilku latach bez ruchu. 

Pozdrawiam Was ciepło!
M.